Już - „Everything All The Time” - debiutancka płyta Band Of Horses, zwróciła na siebie sporą uwagę prasy muzycznej, choć raczej tej z kraju USA zwanego, bowiem w naszym rodzimym i kochanym państewku B.O.H. pozostaje wciąż zespołem anonimowym. Tym bardziej warto więc naświetlić ich dotychczasowe dokonania, czyli świetny występ, na legendarnym festiwalu Iron and Wine w Seattle, czy zawarcie kontraktu z równie legendarną wytwórnią płytową Sub Pop.
Tak, tak… scena z miasta, gdzie swego czasu działały takie wielkie zespoły jak Nirvana, Alice In Chains czy Soundgarden nie umarła przecież wraz Kurtem Cobainem i Laynem Staleyem i nadal trwa, choć nie ma już wokół niej tyle szumu, co kiedyś. Nie już dominują też zespoły stricte grunge'owe czy post-grunge'owe. Bramy rozwarły się szeroko i każdy band, który niekoniecznie lubi grać brudną muzykę, może pokazać na co go stać. Wiadomo, z czasem zmienia się stylistyka, gusta czy po prostu moda.
Dwaj instrumentaliści: Ben Bridwell (gitara, wokal) i Matthew Brook (gitara) trafili idealnie na swój czas, kiedy w 2004 roku zakładali Band Of Horses. To, co sobą reprezentowali trafiło na bardzo żyzny grunt. Indie Rock rozkwitał, do łask wracały lżejsze i bardziej przystępne brzmienia, czyli to, w czym dwójka Amerykanów specjalizuje się najlepiej.
„Cease To Begin” w porównaniu z pierwszym wydawnictwem zespołu, wydaje się albumem bardziej spójnym i uporządkowanym. Nadal prym wiodą ładne i chwytliwe melodie, podszyte ciekawie brzmiącymi gitarami, których odcieni jest na tej płycie cała paleta. Z zespołu odszedł Mat Brookes, producentem został Phil Ek. Te fundamentalne zmiany miały oczywiście wymierny wpływ na jakość i treść materiału, który na szczęście zupełnie na tych zawirowaniach nie ucierpiał, a wręcz przeciwnie.
Już pierwszy numer na płycie - „Is There A Ghost” - rozprasza wszelkie wątpliwości. To po prostu istny hicior! Z początku spokojna gitarka, delikatny wokal Bena i niemal magiczny nastrój przemienia się z czasem w istną orgię „melodyjnego” hałasu. Duże wrażenie robi także kolejny na liście kawałek „Ode To LRC”, gdzie Bridwell szczerze i kojąco wyśpiewuje:
„The world is such a wonderfull place”. 100% indie-rockowy jest „Island On The Coast”, ale nie zabrakło też miejsca dla country'owego „The General Specific”, czy bluesowo-knajpiarskiej ballady „Window Blues”. Klimat na „Cease To Begin” zmienia się dosyć często. Bywa ponuro, jak w (nieco smętnym niestety) „Detlef Schrempf”, ale i bardzo skocznie jak w wymienionym już wyżej, energicznym country „The General Specyfic”. Tekstowo album opowiada o duszy ludzkiej, czy raczej „duchu”, który tkwi w człowieku. Duch ten, próbuje się jakoś określić, nazwać, poznaje rzeczywistość, uczucia, emocje i wraz z ciałem, z którym jest jednością, przemierza wzdłuż i wszerz świat w poszukiwaniu prawdy.
To, co cechuje twórczość Bena Birdwella to pewnego rodzaju dziecinna szczerość. Nie oskarżam go oczywiście o infantylizm, ale raczej o łatwości przekazywania pewnych emocji, bez niepotrzebnego skrępowania i udawania, co zapisuję na spory plus. Do tego dochodzi dobra produkcja i niekontrolowane gitarowe uniesienia, bez efekciarstwa i
sztuki dla sztuki. Seatle znowu dało o sobie głośno znać!
Kamil DownarowiczLista utworów:
01. is there a ghost
02. ode to lrc
03. no ones gonna love you
04. detlef schrempf
05. the general specific
06. lamb on the lam (in the city)
07. island on the coast
08. marry song
09. cigarettes wedding bands
10. windows blues